Tuż pod oknem z napisem "Pizzeria", znajdowały się drzwi z wejściem do salonu gier, dziś zastopowano je oknem

Poniży tekst ukazał się na łamach Echa Bieszczadów w 2013 roku i mając na uwadze, że od tego czasu minęło dziewięć lat, uznałem że dziś, gdy „ Echo” ma znacznie większy zasięg, warto podzielić się jeszcze raz tym wspomnieniem z mieszkańcami Leska i nie tylko.

Dla sporej liczby Polek i Polaków miesiąc grudzień upływa pod znakiem świąt Bożego Narodzenia, ale grudzień niesie za sobą również smutną datę 13 grudnia i wprowadzenie na terenie Polski stanu wojennego i właśnie w mijającym roku przypada 41. rocznica jego wprowadzenia. Oczywiście każdy kto pamięta te czasy w historii Polski, mógł zakładać, że władze peerelu podejmą radykalną walkę z opozycją wolnościową czyli upraszczając ze Związkiem Zawodowym „Solidarność”. Ale wprowadzenie stanu wojennego nabrało złowieszczego tonu, ponieważ bardziej zakładano wprowadzenie stanu wyjątkowego.

Stan wojenny niósł za sobą sporo utrudnień w codziennym życiu, ograniczę się tylko do tych najbardziej uciążliwych czyli godzina milicyjna, zakaz podróżowania - podróż była możliwa tylko za zgodą ówczesnych władz, która wydawała stosowne przepustki, jeśli ktoś nie stosował do rygorów stanu wojennego był zazwyczaj karany aresztem lub wysoką grzywną w zależności od zdaniem władz - przewinienia. Ograniczeń było znacznie więcej, wskazałem te najbardziej uciążliwe.

Jednak pierwszy dzień wprowadzenia stanu wojennego zapisał mi się trochę odmiennie, po części jak na okoliczności kuriozalnie. Otóż w latach 80-tych w Lesku działał salon gier zręcznościowych pod nazwą Bilard Club, dziś w tym miejscu znajduje się Pizzeria Roma.

W salonie były cztery bilardy typu flipper i szafa grająca. Nad całością pieczę sprawował pan Władysław Baran współwłaściciel i jednocześnie osoba czuwająca nad bezpieczeństwem sprzętów. Pan Władysław był człowiekiem pogodnym i opanowanym, nieraz gasił w zarodku konflikty między młodymi klientami Bilard Clubu i przede wszystkim zamieniał banknoty na bilon niezbędny do gry.

I gdy Polskie Radio co rusz podawało komunikaty o wprowadzeniu stanu wojennego, postanowiłem naocznie zobaczyć jak ma się Lesko w tej radykalnie odmienionej rzeczywistości.

Niech gra muzyka...
Pamiętam że śniegu tego dnia było niewiele. Co rzucało się w oczy - to niemal wszędzie gdzie było to możliwe, rozklejone były wydrukowane dekrety o wprowadzeniu stanu wojennego, ale ku swemu zdziwieniu zauważyłem, że Bilard Club jest otwarty. Bilard Club zawsze tętnił życiem, ale tym razem byłem pierwszym klientem, miałem wówczas 20 złotych i to wystarczało na cztery gry w bilard lub zaprogramowanie czterech piosenek w szafie grającej. Szafa grająca była dość leciwym obiektem i były w niej single z muzyką z lat 60-tych. Jedyną piosenką, która dobrze celowała w gusta muzyczne ówczesnej młodzieży był przebój zespołu Blondie pt „Hanging on the telephon” i pomimo, że nęciła mnie gra na fliperze, zaprogramowałem tą piosenkę czterokrotnie. W krótkich odstępach czasu zaczęli pojawiać się koledzy, każdy był zmartwiony sytuacją w Polsce, ale gdy młodzi klienci otwierali drzwi „szulerni”, bo taka nazwa się przyjęła w młodzieżowym slangu, muzyka zespołu Blondie mocnym brzmieniem przelewała się na leskie planty i zrobiło się strasznie i śmiesznie. Oczywiście muzyka była tylko tłem, ponieważ co chwila pojawiał się ktoś z informacją, że na drodze do Sanoka powstała zapora w postaci rogatki i każdy samochód jest zatrzymywany i legitymowany, rewidowani również piesi. Po pewnym czasie telefonicznie - chyba ktoś z milicji, nakazał zamknięcie i pan Władysław grzecznie nas wyprosił i zamakając salon gier.

Było nas pięciu lub sześciu i przystanęliśmy w pobliżu salonu, patrząc na wyludnione miasto. Naszą uwagę przykuły co rusz jadące w kierunku Uherzec samochody ciężarowe typu więźniarki, w asyście samochodów osobowych Milicji - do miejscowego więzienia, gdzie zostali internowani działacze opozycyjni.

Obserwowanie kawalkady przerwał nam milicjant, który zza szyby milicyjnej nyski, krzyknął tonem nieznoszącym sprzeciwu: „Nie grupować się, rozejść się do domu!”.
Polecenie wykonaliśmy, bo sprzeciw zapewne skutkowałby wizytą na komendzie Milicji i na pewno co najmniej parogodzinnym zatrzymaniem. Na odchodnym każdy z nas był przekonany, że podział świata na dwa wrogie obozy polityczne będzie trwalszy niż nasze życie w ówcześnie wieku nastoletnim. Tyle że wówczas nikt z nas nie miał wiedzy - bacząc na młody wiek, że historia i życie lubi w sposób zaskakujący zakpić z przepowiedni ludzkich.

TEKST I ZDJĘCIE: Remigiusz Ogonowski

P. S.
Dwa zdania wyjaśnienia - z sentymentu do opisanego dnia, kupiłem przed laty płytę zespołu Blondie i przebój który rozbrzmiewał wyraziście na leskich plantach pierwszego dnia stanu wojennego był na tej płycie i stąd po latach tak dokładny opis tej piosenki.

Pamiętam też, że ówcześnie telefony były „głuche” czyli wyłączone, ale można mieć pewność, że Milicja i inne służby PRL-u mogły korzystać z tego urządzenia bez ograniczeń, zresztą wprowadzenie stanu wojennego bez możliwości kontaktu przez organy represji byłoby niemożliwe.