(Maria Pękalska (po prawej), z autorką wywiadu Grażyną Kaznowską)

Z moją dzisiejszą rozmówczynią Marią Pękalską próbowałam się umówić już od ponad roku. Niestety ciągle „zbywała mnie” zdaniem, że przecież ona jest najzwyklejszą w świecie kobietą, dlaczego więc o niej chcę pisać...

Byłam uparta, gdyż znam Marysię od ponad dwudziestu lat. Obserwowałam ją, gdy jej obecnie sparaliżowany mąż – Zdzisław Pękalski, był wielkim artystą bieszczadzkim i brylował na „salonach artystycznych”. Marysia, zawsze była u jego boku. Mądra, opanowana, wrażliwa, świadoma swego miejsca kobieta. W chwili obecnej z dala, ale również obserwuję jej oddanie dla męża, w tym nowym dla nich obydwojga świecie. Dlatego też ogromnie cieszę się, że wreszcie usiadłyśmy razem w pracowni Zdzicha i rozmawiałyśmy, ze świadomością, iż tę rozmowę będą mogli też poznać czytelnicy Echa Bieszczadów.

Marysiu opowiedz czytelnikom gdzie tkwią Twoje korzenie? Skąd pochodzisz?
– Ja się urodziłam tu, w Hoczwi, w tym miejscu, gdzie stoi nasz obecny dom. Niestety kilka dni po moim urodzeniu ówczesny dom został spalony. Ponoć płonął jak zapałki, gdyż był drewniany. W trakcie pożaru w domu byłam ja z mamą i siostrą. Z opowieści mamy wiem, że w tym momencie jej pierwszą myślą było wybiec z nami na zewnątrz, ale szybko pozbierała myśli i uznała, że jak wybiegnie, to na pewno zostaniemy rozstrzelani. Sprowadziła więc nas po drabinie, do piwnicy. Dzisiaj myślę, że podpowiedział jej to Anioł Stróż, bo każdy ma swojego anioła. Ponoć bardzo płakałyśmy z siostrą, co było jeszcze bardziej traumatyczne dla mojej mamy, ponieważ musiała nas uciszać, aby na zewnątrz nie było słychać, że jesteśmy w środku. Po całej nocy, gdy już wszystko spłonęło i dookoła była dźwięcząca w uszach cisza, mama wyprowadziła nas na zewnątrz. Jedyną rzeczą, która została po całym zwęglonym domu, to był żeliwny piec, który do dzisiaj stoi w galerii Zdzicha, utworzonej w piwnicy domu.

Gdzie mama się wówczas z Wami podziała?
– Początkowo ówcześni sąsiedzi przyjęli nas na jakiś czas pod swój dach. Potem rodzice dostali mieszkanie, bez okien i drzwi w Lesku. Ponoć biegały w nim straszne karaluchy i szczury, które chodziły po mnie gdy spałam. 

Używasz zwrotu „rodzice”. Czy w czasie pożaru tato też był w domu?
– Nie. Był wówczas na służbie, bo wstąpił właśnie do milicji. Ponoć widział z oddali pożar w Hoczwi, a palił się wówczas nie tylko nasz dom, ale też i inne. Nie mógł jednak nic zrobić. W Lesku mieszkaliśmy niedługo, do momentu, gdy rodzice rozpoczęli na tak zwanych zgliszczach budować nowy dom, w którym obecnie jesteśmy. Było to około 70 lat temu.

Co zostało Ci w pamięci jako dziecku? Gdyż każdy z nas sięgając pamięcią wstecz ma jakieś pierwsze wspomnienia, od jakiegoś momentu życia.
– Mówiąc szczerze nie wiele pamiętam ze swojego dzieciństwa. Było to chyba całkiem normalne dzieciństwo. Był to okres powojenny. Była bieda, ale mama była świetną gospodynią więc robiła co mogła, abyśmy nie chodzili głodni, dbała o nas bardzo. Miałam dużo koleżanek wokół siebie. Powiem, że moje dzieciństwo na swój sposób było szczęśliwe, bo miałam opiekuńczą mamę i bardzo kochaną starszą siostrę. Pamiętam też, że bardzo lubiłam się malować zwykłymi farbkami szkolnymi, wiązać sobie warkoczyki różnymi, kolorowymi paseczkami materiałów. Po prostu lubiłam się stroić.

(Prace Zdzisława Pękalskiego od lat zdobią ściany rodzinnego domu i galerii.)

Czy do szkoły uczęszczałaś w Hoczwi?
– Tak, szkoła podstawowa mieściła się w Hoczwi, w obecnej starej Popówce.

Jakie były Twoje dalsze edukacyjne losy?
– Początkowo uczęszczałam do liceum w Lesku, które niestety przerwałam. Maturę robiłam więc korespondencyjnie. Po zdaniu jej – niestety nie za bardzo wiedziałam co z sobą zrobić, gdyż moje zainteresowania były ogromnie różnorodne. Chciałam zostać pielęgniarką, ale też lubiłam śpiewać i tańczyć, dlatego zdawałam do Państwowego Zespołu Śląsk w Koszęcinie.

Nie, no nie wierzę? Ty też? Mówię tak, gdyż i ja pragnęłam rozpocząć swoją karierę, ale od Zespołu Pieśni i Tańca Mazowsze. Były to późniejsze trochę lata, jednak rodzice mi nie pozwolili, aby po ósmej klasie iść w przysłowiowy świat, pod Warszawę, do Karolina.
– U mnie było inaczej. Ja nie mówiąc swojej mamie pojechałam z koleżankami na egzaminy i po jakimś czasie dostałam informację, że zostałam przyjęta. Bardzo się ucieszyłam. Niestety gdy powiedziałam o tym mamie, była temu bardzo przeciwna. Może dlatego, że gdy mnie urodziła miała 43 lata, więc w momencie jak się dostałam do zespołu, miała już pod sześćdziesiąt lat. Obawiała się, że na starość nie będzie miał jej kto łyka wody podać i dlatego po prostu mówiąc potocznie,  wybiła mi to z głowy. Wówczas to w Hoczwi otwierali przedszkole i rozpoczęłam w nim prace jednocześnie podejmując naukę w Studium Nauczycielskim w Przemyślu. Nie ukrywam, że zawsze podobała mi się też praca z dziećmi. To była jakby kolejna moja pasja, która wzmocniła się we mnie jeszcze przed rozpoczęciem pracy w przedszkolu, po kursie dla wychowawczyń przedszkoli w Uniwersytecie Ludowym we Wzdowie.

Nie ukrywam Marysiu, że dla mnie osobiście, odkąd Ciebie pamiętam, zawsze byłaś kreatywną i bardzo pomysłową, początkowo nauczycielką przedszkolną a później dyrektorką przedszkola w Hoczwi.  Taką Cię odbierałam i pamiętam.
– Pomimo tego iż uważałam, że nie nadaje się do pełnienia obowiązków dyrektora, bo nie lubiłam pracy urzędowej i papierkowej, to jednak niestety los tak zrządził, gdyż moja koleżanka będąca dyrektorką zakochała się i miała wyjechać z Hoczwi. Wybłagała mnie wówczas, abym na rok przejęła za nią obowiązki. Zrobiłam to bardzo niechętnie, ale nie chciałam jej utrudniać życia, gdyż bardzo ją lubiłam. Pamiętam, że tamto przedszkole miało okropne warunki. Brak wody, brak toalet, zimno... Bałam się też jak ja sobie z tym wszystkim poradzę.

Ile wtedy miałyście dzieciaków w przedszkolu?
– Mówiąc szczerze, to mieszkańcy bardzo chętnie wysyłali swoje dzieci do przedszkola i miałyśmy zawsze około trzydziestu dzieciaków, czasami nawet dochodziło do czterdziestu. Jednak pamiętam też, że ze względu na nasze okropne warunki sanepid „dawał nam strasznie popalić”. Protokoły pokontrolne to były same uwagi i zalecenia. Cały czas walczyłyśmy, aby nie dać się zlikwidować. Jednak ogromną rolę w uratowaniu przedszkola mieli sami rodzice, którzy nas bardzo wspierali w walce o przetrwanie. To oni też zdecydowali, że przedszkole ma się przenieść do szkoły, bo w „Popówce” istnieje już wielkie zagrożenie zdrowia, a nawet życia dzieci. Na początku niestety nauczyciele byli bardzo niechętni, jednak udało się przekonać i warunki nam się bardzo poprawiły. Oczywiście, że były tam jeszcze piece kaflowe i w dwunastu piecach trzeba było palić, ale my i tak byłyśmy bardzo szczęśliwe, że mamy zdecydowanie lepsze warunki. Po kilku kolejnych latach doczekaliśmy się wspaniałych warunków w nowo wybudowanym przedszkolu, które służy przedszkolakom do dziś. Muszę w tym miejscu wspomnieć o moim mężu, który ogromnie mi w mych wszystkich trudach i kłopotach pomagał.

Wiem Marysiu, że zanim się poznaliście, Ty i Twój mąż Zdzichu Pękalski, obydwoje mieliście swoje życia, przypadek jednak zrządził, że spotkaliście się na jednej drodze. Jak i gdzie się poznaliście?
– Mówiąc szczerze, to w momencie gdy poznałam Zdzicha miałam wielu adoratorów, jednak to on zdobył moje serce. Choć nie od razu. Początkowo to bardziej moja mama nalegała, abyśmy byli razem, abym wyszła za niego za mąż, bo jest bardzo dobrym i zdolnym człowiekiem. No ale stało się, serce nie sługa (uśmiech).

Jeśli mówisz, że był zdolnym to znaczy, że już wówczas tworzył.
– On od małego tworzył, od dzieciństwa był bardzo uzdolniony artystycznie.

W którym roku braliście ślub?
– 28 sierpnia ubiegłego roku minęło pięćdziesiąt lat.

Czyli 51 lat temu...
– Tak. Była to bardzo świadoma i wspaniała nasza wspólna decyzja. Wiedziałam to wtedy i wiem to teraz.

Zamieszkaliście w tym domu, w którym mieszkacie do dziś? Dom, w którym Zdzichu ma pracownię, galerię, dom do którego przyjeżdżali i przyjeżdżają turyści, aby podziwiać prace artysty. Moje widzenie Waszego domu zawsze było takie, że mieszka w nim nietuzinkowy, ogromnie oryginalny artysta i wspaniała, wyciszona, żyjąca odrobinę w cieniu, ale wspierająca bardzo działania twórcy Maria – kobieta ogromnie gościnna i wyrozumiała.
– Moja nieżyjąca już siostra, mieszkająca od swego ślubu w Jeleniej Górze, zawsze gdy przyjeżdżała to wspominała, że czuje się tu jak na dworcu centralnym, bo ciągle wymieniają się tu ludzie i ciągle coś się dzieje. Rzeczywiście dom zawsze był gościnny, otwarty i zawsze lubiliśmy gdy ktoś nas odwiedzał.

(Prace Zdzisława Pękalskiego od lat zdobią ściany rodzinnego domu i galerii.)

Kto był motorem takiego życia, Ty Marysiu czy Zdzichu?
– Myślę, że obydwoje. Ale to ludzie, którzy fascynowali się działalnością Zdzicha i cenili go za jego twórczość. Często też „ktoś, coś...” od niego po prostu potrzebował. Byli to i ludzie, którzy pisali jakieś prace magisterskie, prosili Zdzicha o ilustracje, rysunki, prosili też o wykonanie różnych dekoracji. Nigdy nie odmówił.

Aby potwierdzić Twoje słowa odniosę się do mojego wywiadu z poprzedniego wydania Echa Bieszczadów, kiedy to w rozmowie z Dawidem Radziejowskim dowiedziałam się, że Zdzichu jako mistrz zawsze miał dla ludzi czas, doradził, podpowiedział, nie wymądrzał się. Tobie to naprawdę nie przeszkadzało, że tylu ludzi przewijało się przez Wasz dom, po części jakby zabierało Ci męża?
– Nie. Bardzo się cieszyłam, że może wielu ludziom służyć. Mało tego. Powiem, że obydwoje bardzo kochaliśmy dzieci i młodzież. Często było tak, że ja w swojej pracy wyłapywałam talenty, o których wspominałam i opowiadałam Zdzichowi, po czym on roztaczał nad nim skrzydła. Uważam, że jak dziecko „dotknięte jest palcem Bożym”, to należy o niego zadbać, pomóc mu się rozwijać. Zachęcałam też swego męża, aby przychodził do przedszkola. Czynił to bardzo chętnie, oglądał prace dzieciaków, dawał mi wskazówki jak jeszcze bardziej powinnam pobudzać je do tworzenia. Prace dzieciaków wędrowały po różnych wystawach, w najróżniejszych miastach naszego kraju. Dzieci brały udział w wielu artystycznych działaniach zarówno na terenie Hoczwi, gminy, powiatu, a nawet w różnych akcjach ogólnopolskich. Przypominam sobie taką rozmowę ze Zdzichem sprzed wielu lat, w której opowiadał mi jak poszukiwał we wsi starych niecek do malowania madonn. Znalazł ponoć fantastyczną, starą, z naturalnym pięknem u starszej pani. W momencie gdy o nią poprosił, kobieta zmieszała się i chciała kupić Zdzichowi nową.

Czy nie uważasz, że to co robiliście wpływało bardzo pozytywnie i rozwojowo nie tylko mieszkańców Hoczwi?
– Myślę, że nie na wszystkich. Niektórzy podchodzili trochę lekceważąco. Przyznam, że i ja na początku też podchodziłam do tego z dystansem. Może tak reagowałam dlatego, że tutaj się urodziłam i wychowałam, doskonale znam społeczeństwo, kocham bardzo moją wieś i wszystkich  mieszkańców, nawet i tych, którzy nie darzą mnie sympatią. Ale też wiedziałam, że jest to bardzo niepopularne, inne, nowe w myśleniu. On jednak cały czas tłumaczył mi, że to jest piękne, że należy to zachować dla potomnych, ocalić od zapomnienia. Przekonał mnie do swojego myślenia gdy pokazał mi jedno z koryt, w którym przeczyścił tylko dno, a na nim tak ułożyły się słoje jakby wychodziła z tego madonna zjawa. Tak też nazwał tę pracę, która zdobi galerie po dziś dzień. Podobnie było z kapliczkami. Też prosiłam go aby nie stawiał ich tyle.

Jak na to reagował?
– Odpowiadał, że po pierwsze robimy to na swoim podwórku, a po drugie – że to jest piękne. Zresztą jedną z kapliczek postawił przodem do drogi, do naszego bardzo ruchliwego skrzyżowania i dedykował ją społeczeństwu. W niej też wyrzeźbił Chrystusa Frasobliwego i zasmuconego aniołka trzymającego się za głowę, gdyż naprzeciwko naszego domu w tamtych czasach, stała knajpa, z której czasami dochodziły dziwne odgłosy oraz zobaczyć można było różne, delikatnie mówiąc rodzajowe scenki.

(Prace Zdzisława Pękalskiego od lat zdobią ściany rodzinnego domu i galerii.)

Chciałabym w tym miejscu powiedzieć, iż uważam, że byliście prekursorami życia artystycznego wsi. Ludzie, którzy odwiedzali galerię Zdzicha i ci, którzy mieli możliwość poznawać świat sztuki dzięki niemu, obserwując was mogli mówić pięknie nie tylko o nim, ale i o Hoczwi.
– Na pewno tak. Oczywiście mówmy tu o ludziach, którzy byli taką formą sztuki zainteresowani, bo dla niektórych było to mało ciekawe. Stare koryto, stara zdewastowana niecka, stara zakratowana okiennica. A tu się okazuje, że takie prace wypożyczane są do kościołów na Wielki Czwartek i inne wielkie uroczystości religijne.

Mam takie pytanie dotyczące Zdzicha. Powiedz mi proszę czy Zdzisław Pękalski artysta, a Zdzisław Pękalski mąż, przyjaciel, czy to są dwie różne postaci, czy może jednak nie?
– Powiedziałabym tak – Zdzisiu jest wielkim człowiekiem, naprawdę. Jest spod znaku bliźniąt. 14 czerwca tego roku skończy 80 lat. Znaki zodiaku mają coś jednak w sobie. Jest ich dwóch. On całe życie był wspaniałym i cudownym człowiekiem. Nigdy przez nasze 50 lat nie powiedział mi jednego przykrego słowa. Nigdy nikogo nie obraził, nic złego nie powiedział. Zawsze był uczynny, dobry. Nigdy nie był wulgarny czy agresywny. Dlatego też mimo mojej słabości do tragedii, która wydarzyła się 3 kwietnia 2014 roku, kiedy Zdzichu dostał zawał, a potem udar – w którym to dniu – jakby skończyło się moje poprzednie życie, nie wyobrażam sobie życia bez niego. Czasami, w chwilach słabości prosiłam nawet Pana Boga, iż jeżeli miałby zabrać jego niech zabierze i mnie.

Mówisz Marysiu, że życie Ci się skończyło, ale myślę, że z drugiej, zaczęło się coś nieprawdopodobnego. Może to właśnie Pan Bóg pozwolił na to, aby jeszcze bardziej pokazać Ci, jaką jesteś wspaniałą, opiekuńczą kobietą.
– Myślę, że nie. Uważam, że każda kobieta by tak postąpiła. Ale jak by nie było – ja dla Zdzisia zrobiłabym wszystko. Przyszedł mi do głowy w tym momencie krótki czterowersowy wiersz, który napisał dla mnie:

Żonie
Bądź że ze mną zawsze
I bądź ze mną wszędzie
Bądź nawet wtedy
Kiedy nas nie będzie

Piękny!
– I jestem zawsze i wszędzie przy nim. W szpitalu – jednymi drzwiami byłam wyrzucana, drugimi wchodziłam. Jak nie mogłam wejść, to gdzieś tam w korytarzu, z różańcem w ręku, modliłam się i czekałam na moment kiedy będę mogła do niego wejść. I gdy leżał w Krakowie w klinice i w Sanoku i przy wszystkich innych pobytach szpitalnych.

Czy nie myślisz, że jesteś jego aniołem stróżem?
– Ja myślę, że on ma swojego anioła stróża (łzy wzruszenia). Może nawet nie jednego, a dwóch jak przystało na kogoś spod znaku bliźniąt. Fakt, bardzo przeżywam jego smutki i jego radości. Było tak i wtedy jak był zdrowy, kiedy był silny, wysportowany, sprytny, i tak jest teraz. Dawniej Zdzichu prowadził bardzo aktywny tryb życia i ja mu w tym nie przeszkadzałam, bo wiedziałam, że jest to jego radość i szczęście, ale dzisiaj jestem jego oparciem i podporą.

Bronisz się Marysiu przed określeniem, że jesteś wyjątkową kobietą, ale wypowiadasz takie zdanie „ja mu w tym nie przeszkadzałam”. Czy na prawdę uważasz, że większość kobiet tak potrafi funkcjonować w relacjach męsko-damskich? Cały czas dążę do tego, że jesteś ponadprzeciętną kobietą.
– Nie. Każda by w ten sposób postępowała. Odnieśmy się chociażby do ostatniego wydania Echa Bieszczadów, w którym możemy poczytać, że 35 par małżeńskich obchodziło w naszej gminie pięćdziesięcioletnie pożycie małżeńskie. To jest niesamowite. I jest to dla mnie wspaniałe, że tyle ludzie ze sobą przeżyli. Życie z artystą nie jest łatwym życiem, trzeba było się tego życia nauczyć. Uczyliśmy się żyć razem od siebie nawzajem. Jednak nasze życie było ekscytujące i dla mnie. Mogliśmy razem wyjeżdżać i uczestniczyć w różnych wernisażach, wydarzeniach artystycznych w kraju i za granicą – Warszawa, Bruksela, Lwów itd. Wspomnę tu tylko o wystawie we Lwowie, którą Zdzisiu bardzo przeżył, a do której doszło dzięki pomysłowi, sprytowi i organizacji przez znaną sanocką artystkę Mariannę Jarę. Wystawa była pod tytułem „Urodzeni we Lwowie”. Wraz ze Zdzichem wystawiała artystka, która urodziła się i mieszka cały czas w tym pięknym mieście. On mieszkał w nim tylko do czwartego roku życia, a potem rodzice przeprowadził się do Przemyśla. Tęsknota za korzeniami towarzyszy Zdzichowi całe życie.

Pewnie będziemy musiały za chwilę już zakończyć naszą rozmowę, ale chciałabym  sumując zapytać jeszcze jedno. Od 2014 roku Wasze życie zmieniło się bardzo. Proszę podziel się ze mną i czytelnikami, jak to zdarzenie zmieniło Ciebie, co się w Tobie przewartościowało?
– Od tego nieszczęsnego dnia czynię wszystko co tylko mogę, aby móc Zdzicha postawić na nogi, aby wyćwiczyć w nim mówienie, aby polepszyć jego stan zdrowia. Muszę tu powiedzieć, że w tych trudach dnia codziennego, ogromnie pomagają mi synowa z synem. Bez nich pewnie nie dałabym rady. Jestem im za to ogromnie wdzięczna. Dzięki zaistniałej chorobie Zdzicha, zobaczyłam, że chęć pomocy ze strony obcych osób jest nie bez znaczenia. Akcje w środkach masowego przekazu, zbiórki na rehabilitację, pomoc ze strony Caritas, dobre słowa ludzi, pozwalają mi wierzyć, że wszystko będzie dobrze. Muszę też powiedzieć, że od chwili choroby, to ja wzięłam na siebie rolę przewodnika po galerii Zdzicha, po której on zawsze tak chętnie oprowadzał gości. Nie dawniej jak wczoraj jeden ze zwiedzających mężczyzn powiedział mi, że nie zdawał sobie sprawy, że wchodząc do galerii napotka takie prace, że Zdzisiu to niesamowity światowy człowiek, jakby z kosmosu.
Chciałabym na zakończenie naszej rozmowy zacytować wiersz, który Zdzisiu napisał tuż przed chorobą, znaczący i wiele mówiący, pod tytułem „Nie ma mnie”. Wiersz, o którym ja dowiedziałam się, dopiero gdy zaistniał w tomiku.

Nie ma mnie
Ale do mojej pracowni zaglądam
Bo ciekaw jestem widzieć
Jak teraz wygląda
Cicho tu
Nie słychać zwykłej mojej krzątaniny
Wszędzie są deski jak były
W kątach pajęczyny
Tęsknią do mojej ręki
Pędzle w nieładzie rzucone
I farby na palecie
Suche i spragnione
Tu na jednej z desek
Zatroskany Święty
Na wieki smutny
Bo ledwo malować zaczęty
I tylko kotka jak dawniej
Od pustej pracowni nie stroni
Wciąż szuka dotyku
Moich nieobecnych dłoni

Po tak pięknych i wręcz proroczych słowach Zdzisława Pękalskiego należy tylko zamilknąć. Dziękuję jeszcze raz bardzo Marysiu, że zgodziłaś się ze mną porozmawiać.
– Dziękuję i ja życząc wszystkim czytelnikom dużo zdrowia, bo ono jest skarbem.

TEKST: GRAŻYNA KAZNOWSKA

ZDJĘCIA: GRAŻYNA KAZNOWSKA

11 czerwca, w Bieszczadzkiej Galerii Sztuki Synagoga, z okazji 80-tych urodzin Zdzisława Pękalskiego odbędzie się benefis artysty - Sacrum i profanum.

Z UWAGI NA OGRANICZENIA ZWIĄZANE Z PANDEMIĄ IMPREZA TYLKO DLA ZAPROSZONYCH GOŚCI

Wszystkich Państwa zachęcamy jednak DO WPISYWANIA ŻYCZEŃ URODZINOWYCH dla Zdzicha przez całe wakacje w Księdze Życzeń umieszczonej w Bieszczadzkiej Galerii Sztuki "Synagoga".